Cisza, aż dzwoni w uszach. Choć jest środek nocy widzę wszystko wyraźnie. Jeszcze nie tak dawno dziękowałabym niebiosom za taki stan rzeczy, ale nie dziś. Teraz ta pustka nie pozwala mi się wyłączyć. Samotność mnie przytłacza. Nie potrafię przestać myśleć. Sen też nie przychodzi. Mam nieodparte wrażenie, że ktoś, lub coś czeka na moje potknięcie, albo błąd. Prześwietla mój umysł i liczy na to, że zgrzeszę myślą. Staram się, staram się jak tylko mogę, ale upadek jest blisko. Wiem jedno, nie poddam się bez walki. Nie oddam zwycięstwa walkowerem. To byłaby czysta głupota. Gdybym poddała się w tym momencie, teraz na półmetku, nie wybaczyłabym sobie. Już nigdy nie zdołałabym stanąć przed lustrem i powiedzieć ,,Alice, zrobiłaś wszystko, co było w twojej mocy. Jesteś fair wobec samej siebie. Już dość, długo płynęłaś pod prąd utrzymując się na powierzchni rwącego potoku losu. Jednak twoim przeznaczeniem było utonięcie. Widocznie tak już miało być. Taka była wola jakże miłosiernego Boga.’’ Wciąż szamotam się w pajęczynie jadowitego pająka, jak młody motyl, który nie zdaje sobie do końca sprawy, że przypadkiem znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Miotam się w czarciej sieci ze złudną nadzieją na deszcz, który ostudzi moje myśli i zerwie sieć. Może uda mi się przetrwać, a po burzy wyjdzie słońce i osuszy moje skrzydła. Znów będę mogła wzbić się wysoko i choć przez chwilę nie martwić się o jutro.
Słońce powoli pojawia się nad horyzontem. Jaki piękny widok - uśpione miasteczko, jeszcze tylko pół godziny, a ulice powoli zaczną się zaludniać. Nowy dzień, nowe zmartwienia i problemy. Wszyscy idą naprzód tylko ja wciąż stoję w miejscu. Nie potrafię ot tak zapomnieć i żyć dalej. Nie mam dla mnie przyszłości. Kilka dni temu zakończył się rok szkolny, odbierając świadectwo odetchnęłam z ulgą. W szkolnych murach czułam się strasznie obco. Wydawało mi się, że wszyscy znają moje myśli, czułam się w pewnym sensie naga. Nie umiem ukryć emocji, nie potrafię kłamać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
W szkole byłam outsiderką, na własne życzenie. Nie chciałam pomocy innych. Raz, czy dwa zmuszona przez kochaną mamusię poszłam na spotkanie z terapeutą. Facet nie miał zielonego pojęcia jak ma się zachować, najpierw chciał bym powiedziała to wszystko, co mi leży na sercu, a później stwierdził, że moje problemy mają głębsze podłoże i na kolejną wizytę mam przyjść z rodzicami. Nie poszłam i nic nie mówiłam w domu, bo po co? Jaki jest sens wywlekania starych brudów. Tu nie ma już czego naprawić. Ta rodzina istnieje już tylko w urzędzie, na papierze. Tak jest lepiej. Każdy z nas ma własne życie - lub jak w moim przypadku nie ma go wcale, egzystuje jak roślina - nie będziemy wchodzić sobie w paradę. Ojciec gdyby tylko mógł, nie wychodziłby z kancelarii, a matka w większości zajmuje się wydawaniem pieniędzy swojego męża i doprawianiem mu rogów. Można by rzec - patologia.
Gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie? Ano nie ma. To nie mój świat. Jestem za słaba, by dobiec do mety, w tym cholernym wyścigu szczurów. Słabe ogniwa powinno się eliminować - więc sama się wyeliminowałam - na starcie.
Czas wstać, doprowadzić się do stanu używalności i próbować dalej. Jeszcze nikt nie osiągnął nic leżąc i gapiąc się w sufit. Odrzuciłam kołdrę na bok i zsunęłam stopy na podłogę. Kontakt z zimnymi panelami wywołał dreszcz. Powoli poczłapałam do łazienki. Przemyłam twarzy zimną wodą, starając się zapomnieć o kolejnej nie przespanej nocy. Jakimś cudem udało mi się także ukryć sińce pod oczami. Wciąż byłam przeraźliwie blada, ale wyglądałam o niebo lepiej, niż kilkanaście minut temu. Trupią bladość potęgował ciemny strój - zwykła czarna koszulka i czarne jeansy. Patrząc w lustro widziałam anemiczną dziewczynę, sponiewieraną przez los. Duże, ciemne oczy kiedyś pełne blasku, dziś matowe były puste, przeraźliwie puste. Oczy są bardzo ważne, w nich kryje się wszystko, są tak jakby zwierciadłem duszy. Dlatego unikam ludzi, a już szczególności kontaktu wzrokowego z innymi. Boję się, że ktoś może wyczytać zbyt wiele z jednego mojego spojrzenia. Nie potrzebuję współczucia, ani litości. Sama celebruję swój ból.
Jak co dzień, moje śniadanie składało się z porcji zwykłych płatków zbożowych i kubka mocnej kawy. Wiem, że nie powinnam jej pić, ale tylko kofeina pozwala mi w pełni oprzytomnieć i myśleć w miarę logicznie po nieprzespanej nocy. Kiedyś bardziej uważałam na to, co jem. Teraz też się staram, ale niestety warzywa gotowane na parze ustąpiły miejsca czekoladowym chrupkom. Tak jest łatwiej, wygodniej. Przygotowanie takiego śniadania trwa kilka minut i nie wymaga niew iadomo jakich umiejętności. Nawet przygotowując podstawowy posiłek zmierzam po najmniejszej linii oporu. Jak w życiu - wybieram najłatwiejszej i najbardziej oczywiste rozwiązania. Nie mam siły na walkę.
Byłam sama w pustym domu - jak zawsze o tej porze - towarzyszyły mi tylko dźwięki wydobywające się z odtwarzacza. Na zewnątrz słońce grzało dosyć mocno. Szkoda byłoby zmarnować taką pogodę. Pognałam do swego królestwa i szybko przebrałam się w ciemne szorty. Jak wiadomo czerń przyciąga promienie słoneczne, ale cóż, nie mam nic jasnego. Kiedy popadasz w czarną rozpacz nie dostrzegasz kolorów. Zrozumiałam, że żałoba to nie tylko ciemne stroje, jak myśli większość. Weźmy na przykład moją matkę, wykorzystała to do zrobienia ogromnych zakupów. Wydała majątek na tandetne kiecki.
Wyjeżdżając rowerem z garażu niewiele brakowało a przejechałabym po ogonie Faith. Kocur jak zwykle rozłożył się na środku ścieżki. Ominęłam rudą kitę i już po chwili jechałam z niezapomnianym Nevermind w słuchawkach. Może narzuciłam sobie zbyt szybkie tempo - jak na początek - ale chciałam opuścić miasto najszybciej, jak się da. Po kilku kilometrach skończyły się zabudowania, a ja mogłam wreszcie odetchnąć. Zmęczona usiałam na poboczu i wyciągnęłam butelkę mineralizowanej wody. Ochlapałam twarz zimną cieczą i pociągnęłam kilka zdrowych łyków. Wstałam z lekka orzeźwiona, schwyciłam kierownicę i podśpiewując wraz z Kurtem skręciłam w ubitą drogę, dostępną tylko dla cyklistów.
Początek lata to wymarzony czas na takie eskapady. Wszystko obudziło się do życia po zimowym śnie. Liście na drzewach są już w pełni rozwinięte, a w zagajnikach zieleni się trawa. Po niespełna pięciu minutach jazdy leśną trasą moim oczom ukazał się piękny widok, za którym tak bardzo tęskniłam. Od niewielkiego jeziorka odbijały się promienie słoneczne, a piasek dzikiej plaży iskrzył się w słońcu. Usiadłam na pomoście zanurzając stopy w przyjemnie chłodnej wodzie. Wsłuchana w ballady The Doors straciłam poczucie czasu. Zamknęłam oczy i udało mi się. Po prostu byłam, istniałam, czułam lekki wiatr smagający moje rozgrzane policzki. To zapomniane przez ludzi miejsce jest dla mnie bardzo ważne, wiąże się z nim wiele wspomnień. Kiedy tu jestem czuję się częścią czegoś większego, świata, którego nie naruszyła ludzka ręka.
Niebo pociemniało, wiatr stał się silniejszy, zbierało się na burzę. Niechętnie podniosłam się i ostatni raz rzuciłam okiem na wodę. Przez chwilę stałam bez ruchu i uświadomiłam sobie, że wcale nie ma ochoty wracać do prawdopodobnie pustego domu. W dali zabrzmiał głuchy odgłos grzmotu. Przyglądałam się jaśniejącym zygzakom, które pojawiały się na granatowym niebie. Wielka kropla deszczu spadła centralnie na środek mojej głowy, a za nią kolejna i jeszcze następna. Rozpadało się na dobre, a ja byłam sama w środku lasu, 10 km od domu. Uderzenia piorunów były coraz głośniejsze, wskoczyłam na rower. Jechałam tak szybko na ile pozwalała mi ulewa. Oddychałam głęboko, starając się zachować spokój. W oddali było już widać koniec ścieżki. Nagle usłyszałam głośny huk, a dookoła mnie rozbłysło światło i na moment zrobiło się tak jasno jak w samo południe, kiedy słońce góruje w zenicie. Ze strachu zatrzymałam się na chwilę i zdawało mi się, że czekam na kolejne uderzenie. Już się nie bałam. Kilka metrów przede mną krople deszczu odbijały się od asfaltu. Mogłam wyjść na ulicę i jechać prosto do miasta, ale ją wciąż stałam.