Całkowicie przemoczona stałam na końcu tej piekielnej dróżki. Niezdolna do wykonania najmniejszego ruchu - jak paralityk - tępo wpatrywałam się w zamazany przez deszcz świat. Kolejne rozbłyski i obezwładniający huk uderzających piorunów nagle przestały być przerażające. - Czy coś mi groziło? - Oddychałam głęboko rokoszując się dużą ilością ozonu w atmosferze. - Nie, raczej nie. - Kolejny oddech. - Choć jednak zawsze istnieje takie prawdopodobieństwo. Niewinni ludzie codziennie giną w wypadkach samochodowych, a mimo to koncerny zajmujące się produkcją aut wciąż świetnie prosperują. Czemu więc uciekać przed burzą? Bać się matki natury, a powierzać życie maszynie? - Następne niespodziewane uderzenie wywołało u mnie serię nieprzyjemnych dreszczy. Nie panowałam nad swoimi odruchami. Jak porażona prądem mocno chwyciłam się kierownicy i ruszyłam na oślep, prosto przed siebie. Ulewa ograniczała widoczność, w ostatniej chwili dostrzegłam światła ciężarówki i wyhamowałam upadając na twardy asfalt. - Co się ze mną działo? - Siedziałam, a raczej leżałam na skraju jezdni. Mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa. Byłam cała obolała, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Nikomu nie potrzebna istota. Do oczu cisnęły mi się łzy, by za chwile popłynąć po policzkach mieszając się z kroplami deszczu.
Nie wiem ile czasu minęło, odkąd wyjechałam na przejażdżkę zachwycona piękną pogodą. Choć burza ustała i tylko w oddali można było dostrzec jaśniejące zygzaki na granatowym niebie, wiąż lało jak z cebra. Udało mi się jedynie ściągnąć rower z ulicy i doczołgać się na pobocze. W tej chwili wszystko było mi obojętne, ale nie miałam najmniejszej ochoty wracać do domu. Tu wcale nie było tak źle, cisza i spokój, z dala od zgiełku miasta. Czy ktoś się o mnie martwi? Ktoś czeka z obiadem?
W oddali, na ulicy zamajaczyły światła. Ciekawe, co pomyśli kierowca widząc moknącą na deszczu dziewczynę na poboczu drogi, dziesięć kilometrów od miasteczka? Spuściłam głowę w dół, by nie zobaczyć wyrazu twarzy kierowcy, już dość napatrzyłam się na podobne miny w szkole. Nie potrzebuję litości. Jakieś dwa metry przede mną warkot silnika ucichł. Usłyszałam stukot damskich obcasów i przejęty dziecięcy głosik
- Co jej jest mamuś?
- Anabelle, wracaj do samochodu, bo zmokniesz. - Dziewczynka wypełniła polecenie matki i dalej - przez przednią szybę - mi się przypatrywała, czułam to. W dalszym ciągu nie podnosiłam wzroku. Co się działo? Czego ta kobieta ode mnie chce? Po co się zatrzymała?
- Wszystko w porządku? Może wezwać karetkę? Ta rana na skroni nie wygląda zbyt dobrze, bardzo krwawi. - W dalszym ciągu nie podnosiłam wzroku. Zaraz, rana? Jaka rana? Bezwiednie uniosłam dłoń i ostrożnie przyłożyłam ją do twarzy.
Szkarłatna ciecz spływała z moich palców. Po chwili uderzył we mnie charakterystyczny zapach krwi. Wiedziałam, co się zaraz stanie, ale pomimo to w dalszym ciągu parzyłam na czerwoną dłoń. Nie mogłam stracić przytomności. Czułam jak robi mi się na zmianę raz zimno, a raz gorąco. Narastające zawroty głowy skutecznie uniemożliwiły mi logiczne myślenie. Powoli traciłam świadomości i za nic w świecie nie mogłam tego powstrzymać. Na nic zdały się głębokie oddechy. Nie wiedząc, co ze sobą począć powoli położyłam się na twardej ziemi. Zanin zamknęłam oczy usłyszałam jeszcze czyjś zduszony okrzyk. To okropne, w tym momencie nienawidziłam siebie jeszcze bardziej, niż zazwyczaj.
Nic mnie nie boli, czuję się tak lekko, ale gdzie ja do jasnej cholery jestem? Słyszę jakieś przytłumione głosy, ktoś tu jest. Z ciekawości otworzyłam oczy i w ułamku sekundy, porażona jasnym światłem opuściłam ciężkie powieki. Wraz z tym uczucie błogości minęło, w skroniach czułam pulsujący ból. Ponownie uchyliłam powieki, tym razem powoli. Kiedy wreszcie udało mi się oswoić z jasnością w kącie sali dostrzegłam pielęgniarkę. Głośno westchnęłam i wydałam z siebie jakiś bliżej nie zidentyfikowany dźwięk. Kobieta po chwili podeszła do mnie i wstrzyknęła do coś kroplówki.
- To środki przeciwbólowe, zaraz zawołam lekarza. Pamiętasz co się wydarzyło? - Kiwnęłam głową, choć wcale nie pamiętałam kiedy i w jaki sposób znalazłam się w tym szpitalu. Usilnie próbowałam przypomnieć sobie jakiś szczegół, ale w głowie miałam jedynie wspomnienie burzy. Huk uderzających piorunów, błyskawice na ciemnym niebie i rzęsisty deszcz, przed tym uciekałam.
- Dzień dobry panno...? - Do sali wszedł wysoki, dodrze zbudowany mężczyzna, zapewne lekarz.
- Louner, Alice Louner. - Mruknęłam chicho w odpowiedzi, nie miałam przy sobie żadnych dokumentów. Nie znali mojego nazwiska, więc i rodzice nie mają zielonego pojęcia, gdzie jestem.
- No cóż panno Louner trafiła pani do nas nieprzytomna, z lekkim wstrząsem mózgu i kilkoma siniakami. - Tłumaczył, a ja czułam się dziwnie. Facet ewidentnie wziął mnie za pełnoletnią, miałam wrażenie, że zwrot 'pani/panna' strasznie mnie postarza. - Zatrzymamy panią dzisiaj na noc, na obserwację.
- Chcę wrócić do domu. - Odparłam kręcąc głową. Nie miałam zamiaru zostawać tu dłużej niż to konieczne. Ból powoli mijał. - Nic mi nie jest.
- Nie radziłbym, po czymś takim mogą wystąpić zawroty głowy. Poza tym, potrzebujemy jeszcze dokumentu potwierdzenia pani tożsamości i dowodu ubezpieczenia. Mamy kogoś zawiadomić? - Chcąc nie chcąc musiałam podać numer telefonu ojca, on przynajmniej nie panikuje tak, jak matka.
- Naprawdę, czuje się już dobrze nie ma potrzeby bym została. - Co prawda byłam potłuczona i najchętniej już nie ruszyłabym się z łóżka do końca życia, nie uśmiechało mi się spędzenie nocy w szpitalu. Przecież mogę opuścić to miejsce na własne żądanie. Jestem pewna, że ojciec nie będzie robił problemów.
- No cóż, panienki wybór, proszę odpoczywać i uważać na siebie. - Westchnął i wyszedł szepcząc coś pod nosem.
Leżałam tak już od godziny, a szanownego tatusia jeszcze nie było. Znużona tępo patrzyłam w sufit. Wszech obecna biel wywoływała u mnie chęć natychmiastowej ucieczki, jak najdalej od tego miejsca. W tym momencie zatęskniłam za moim małym azylem. Pewnie jeszcze długo odtwarzałabym w myślach drobne szczegóły pokoiku na poddaszu, ale do sali wtargnął ojciec.
- Alice, co się stało? - Tatulu, co za powitanie. Nie zapytasz jak się czuję? - Powiedzieli mi, że miałaś wypadek.
- Mało brakowało, a wjechałabym pod ciężarówkę. - Odparłam sucho. Obserwowałam jak z chwili na chwilę wyraz twarzy ojca się zmienia. Na mnie nie zrobiło to większego wrażenia. - Wszystko w porządku, nic mi się nie stało. Jedźmy do domu.
- Skoro chcesz.
Nie minęło półgodziny, a już wracaliśmy do domu. Oczywiście w całkowitej ciszy, nigdy nie było tematów do wspólnych rozmów. Tym bardziej teraz, wiedziałam, że ojciec zaprząta sobie głowę nowym klientem, a ja chciałam jak najszybciej znaleźć się we własnym łóżku. Najlepiej z kubkiem gorącej czekolady i dobrą książką.